Skocz do zawartości


Zdjęcie
- - - - -

5 sposobow na frajera...


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
8 odpowiedzi w tym temacie

Offline #1 akson1

akson1

    Działacz

  • Użytkownik forum
  • 1
  • PipPipPipPip
  • 1015 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Miejscowość:Spod Warszawy-Frankfurtu-Lodzi-Londynu-Dublina-Kielc
  • Zainteresowania:Polityka Ekonomia Historia Dziennikarstwo

Napisano 14 grudzień 2007 - 12:39

Za GW

(...) Przepis musi być prosty. Im prostszy - tym lepszy, bo wtedy ofiara nie nabiera podejrzeń. Efekt zawsze jest ten sam: kasa zmienia właściciela, a roboty (mieszkania) jak nie było - tak nie ma.

Policja w tej ponurej grotesce zazwyczaj gra rolę kelnera. Umywa ręce i jest tylko statystą. Oto pięć sprawdzonych (niepolecanych!) sposobów na ugotowanie frajera w Anglii. Czyli - oszukanie kogoś, kto na gwałt szuka pracy albo mieszkania.

Patent pierwszy: na chama

Klasyka. Mówimy świeżo poznanemu w Londynie znajomemu, skołowanemu lotem itp., że mamy dla niego pracę. A nie mamy. Inkasujemy kilkadziesiąt funtów na konto kosztów powiadomienia. I rozpływamy się w londyńskiej mgle. Wersja oboczna: inkasujemy pieniądze za możliwość "wskoczenia" na nasze miejsce. Michał Markowski, 22-letni student z Bydgoszczy: - Facet spotkany przypadkiem w marcu zapewniał, że ma robotę w hotelowej kuchni. Stawka - 7 funtów za godzinę. Mówił też, że oddaje pracę, bo musi wyjechać do Polski. Podobno okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Pytał, czy nie mam kogoś na jego miejsce. Powiedziałem, że mam siebie. Zażądał 50 funtów odstępnego. Kazał zgłosić się w poniedziałek w kuchni hotelowej. Poszedłem. Szef kuchni oczy miał wielkie jak Big Ben. Żadnej roboty, żadnego wakatu, żadnego takiego kolesia nie widzieli na oczy. Nauczyłem się wtedy, co znaczy "naiwny do bólu". Prostackie, ale skuteczne. Acz wychodzi ostatnio z mody - zbyt dużo szumu się robi wokół takich przekrętów. A i szukający pracy mają już większą świadomość, czego szukają i na co zwracać uwagę. Ten sposób ma kilka odmian.

Odmiana pierwsza - na wiarygodność

To metoda świeża. Na czym polega? Najpierw jest propozycja pracy w firmie budzącej zaufanie, której nazwa musi z czymś się koja-rzyć. Na przykład "Cash and Carry". Patent polega na tym, że tak naprawdę nie ma takiej firmy. Jest kilka firm wykorzystujących w na-zwie człon "cash and carry", np. Makro czy Selgros. Czyli pierwszy krok zrobiony - wzbudzono zaufanie.

Ogłoszenie o pracy należy koniecznie wydrukować w ogólnopolskim dzienniku, najlepiej w dodatku "pracowym". Dobrze jest wyróżnić je graficznie, np. kolorem czerwonym. W treści musi się znaleźć imię i nazwisko oraz telefon angielskiego kontaktu, który ma załatwić pracę. Co się dalej dzieje? Marcin, handlowiec z kilkuletnim stażem, który od-powiedział w sierpniu na takie ogłoszenie, zamieszczone w "Gazecie Praca": - Zadzwoniłem do Joanny. Numer znalazłem w ogłoszeniu. Była rzeczowa, konkretna. Praca w Londynie, w magazynie dużej sieci spożywczej. Naciskałem, o którą sieć chodzi. Więc usłyszałem: "Cash and Carry". Zakwaterowanie miałem opłacać sam, ale oni mi je wyszukali. Płaca - około 7,5 funta za godz. Po głębokim zastanowieniu - wszedłem w to.

Zanim Marcin poleciał do Londynu, najpierw odbył jeszcze kilka telefonicznych rozmów z Joanną, która podawała się za przedstawiciela działu HR (czyli rekrutacyjnego i pracowniczego) Cash and Carry .

- Poleciałem. Po wylądowaniu dzwonię, żeby mnie odebrał służbowy samochód z kierowca, zgodnie z umową. Joanna mówi, że są kłopoty z autem, bo kierowca właśnie odbiera cztery inne osoby i rozwozi po okolicy. Kazała czekać do rana. Po nocy na lotnisku - niewyspany, z przytępionymi zmysłami - Marcin doczekał się wreszcie obiecanego transportu. Czyli autobusu, do którego poleciła wsiąść Joanna. Pojechał w umówione miejsce. Spotkał się z dwoma sympatycznymi 40-latkami - tak na oko: Tomaszem i Michałem. - Jesteśmy od Aśki - przedstawili się i zaprowadzili do "służbowego" mieszkania na pięterku. Tam wyłożyli na stół umowę o pracę. Marcin przeczytał ją kilkakrotnie, szukając kruczków. Sprawdził pieczątki. - Na oko grało - mówi. Podpisał, następnie wręczył chłopakom kserokopie dokumentów i sto funtów kaucji za mieszkanie. - A druga stówa? - zdziwił się Michał.

Więc telefon do Joanny, bo nie tak się umawiali. Ta odbiera - niby ukradkiem, bo ma spotkanie. Mówi, że trzeba zapłacić jeszcze właścicielowi za dwa miesiące z góry za wynajem i że przeprasza, ale te koszty wyniknęły niespodziewanie. Więc Marcin rozumie. Kładzie dwie pięćdziesiątki na stół. Idą gratulacje, bo praca - dobra, jak zapewniają nowi znajomi. - Jeszcze drobiazg, jeszcze szczególik - mówi przed pożegnaniem Tomek. - Pokaż nam oryginały dokumentów, bo jak będziemy załatwiali rozłąkowe i rodzinne, to musimy mieć pewność, wiesz.

Marcin więc nachyla się nad pod-ręczną torbą i szuka dowodu. A kątem oka widzi, że Tomasz przemieszcza się w kierunku okna z jego plecakiem. Wywala rzeczy chłopaka na bruk z piętra. - O [beeep]a - myśli Marcin. A głośno mówi: - Co jest? Wtedy następuje wielki finał. Michał przykłada do Marcinowi do gardła duży nóż rzeźnicki i mówi spokojnie: - Nic, sfinalizowaliśmy. [beeep]j. Więc nie dyskutował, tylko wyszedł. Słyszał jeszcze, jak bandyci dzwonią do Joanny i mówią: "Frajer jest na widelcu". Wiedział, że jest śledzony, bo mu powiedzieli na "do widzenia", żeby nie szedł na policję, jak chce, żeby tak się skończyło, jak się skończyło. A nie kosą w plerach.

Zadzwonił do Joanny. Nie odbierała. Zadzwonił do żony. Nie uwierzyła. Poszła na policję. Powiedzieli, że to lokalna sprawa Londynu. Marcin nie dosyć, że nie miał kasy na podróżowanie po Londynie w poszukiwaniu policji, nie dosyć, że nie znał miasta, to jeszcze wciąż czuł metaliczny smak swojego potu, który bandyci kazali mu zlizywać z ostrza szerokiego noża. Odpuścił. Rodzina kupiła mu bilet do Polski. W kraju prawnik powiedział, żeby dał spokój, bo ma przecież małe dzieci. I tyle.

Odmiana druga - na tępaka

Ten pomysł to modyfikacja powyższego. Banalne, ale chyba najczęstsze - szczególnie w latach 2004-05. A więc: w lokalnym dzienniku daje się ogłoszenie o pracy w Anglii. Podkreślając przy tym, że nie trzeba znać angielskiego. Ogłoszenie wpada prędzej czy później w ręce osoby, która chce wyjechać, i rzeczywiście nie zna języka. UWAGA: pomiędzy odpowiedzią na ogłoszenie a wyjazdem nie ma najczęściej więcej kontaktów ze zleceniodawcą niż jeden! Dlaczego? Inaczej niż w pierwszym przypadku tutaj nie ma potrzeby utwierdzania frajera w przekonaniu, że oferta jest wiarygodna. Frajer i tak pojedzie, bo na gwałt potrzebuje dobrze płatnej pracy.

Po przyjeździe na Wyspy ogłoszeniodawca żąda od przybysza zapłacenia określonej sumy pieniędzy. Najczęściej jest to 50-100 funtów. Pośrednik tłumaczy, że chodzi o "koszta uzyskania zatrudnienia". Głupio? Pewnie, że głupio. Jednak kto przylatuje bez języka szukać pracy na Wyspach, łyknie już potem wszystko. Po zainkasowaniu gotówki pośrednik znika, a obiecanej pracy nie ma. W odróżnieniu od metody pierwszej nie ma momentu podpisywania umowy. Nie ma kaucji. Nie ma noża przy gardle. Nie ma firmowego papieru, firmowego auta - całego bajeru. Przestępcy działają mniej wyrafinowanie, powiedzieliby policjanci. Efekty takiego działania wcale jednak nie są błahe. Tylko do polskiego oddziału Tesco w 2005 r. zgłosiło się kilkanaście osób zwabionych przez oszustów fałszywymi ofertami pracy w angielskich sklepach tej sieci. Tesco od 2004 r. do pracy w Anglii wysłała około 2 tys. sprzedawców, magazynierów, kierowców, piekarzy i pracowników do wykładania towaru, ale z - jak twierdził rzecznik firmy na łamach lokalnej prasy - z ofertami nie ma nic wspólnego. A przecież można było się domyślić! Bo najważniejszym wymogiem otrzymania pracy w Tesco - jak i w innych dużych firmach - w Wielkiej Brytanii jest znajomość języka.

Odmiana trzecia: na wyrwę

Bydgoszczanie Andrzej Szymański i jego krewniak Krzysztof znaleźli ogłoszenie o pracy w Anglii. Zadzwonili. Telefon odebrała Polka. Przedstawiła się jako Ewa: - Rekrutuję pracowników do rozlewni Coca-Coli w Uxbridge, niedaleko Londynu - mówiła. Podała stronę internetową, z której można dowiedzieć się więcej o pracodawcy. Obiecała 7,5 funta na godzinę. Prosiła, aby przywieźć 180 funtów opłaty za mieszkanie, które im wynajmie w Anglii i 70 funtów na załatwienie pozwolenia na pracę. Brzmi znajomo? Tak jest - to druga modyfikacja sposobu nr jeden. Policjanci mówią: wcześniejsza, niedopracowana jeszcze forma. Mężczyźni zadzwonili do Ewy jeszcze siedem razy. - Nie chcieliśmy dać się oszukać - opowiada Andrzej. - Pytaliśmy o wszystkie szczegóły: nasze stanowiska, wymiar godzin, warunki lokalowe. Pani Ewa miała odpowiedź na każde pytanie. "Nie musicie się obawiać, nie jestem pośrednikiem pracy. Rekrutuję bezpośrednio dla firmy". Zapewniała, że wyśle kierowcę, który zawiezie Polaków z Londynu do Uxbridge. Zgodnie z umową z dworca autobusowego odebrał ich kierowca. Trzydziestoparoletni Polak przy kości. Miał im dać klucze do wynajętego przez pracodawcę mieszkania. W samochodzie Szymański odebrał telefon od Ewy: - Dajcie pieniądze kierowcy - powiedziała. - Zapłacimy, jak zobaczymy nasz pokój - odpowiedział kategorycznie. Kilka minut później samochód zatrzymał się przed domem na przedmieściach. - Tu będziecie mieszkać - kierowca wskazał na posesję po prawej. Dawajcie kasę.

Kamera stop

W takich momentach są dwa rozwiązania. Rozwiązanie pierwsze: frajer daje pieniądze. Kierowca wówczas wskazuje mu drzwi do domu i żegna się uprzejmie. Odjeżdża. Nabrany puka do drzwi domostwa, a tam robią wielkie oczy - o niczym nie mają pojęcia. Z wolna dochodzi do frajera bolesna prawda - właśnie stał się frajerem. Opcja druga: nie dajemy kasy. Co wtedy? Znowu: dwa rozwiązania. Pierwsze (nazwijmy je "2a") stało się udziałem bydgoszczan. Odmówili, chcieli najpierw wejść do środka. W tym momencie samochód odjechał. Szymański i krewniak zostali bez pracy, ale przynajmniej z pieniędzmi. Rozwiązanie "2b" stało się udziałem innych, oszukanych przez tę skazaną w końcu parę. Wyrwanie torby z pieniędzmi, cios w brzuch, pisk opon, odjazd. Najazd kamery na ogłupiałego, skołowanego frajera, który wolno podnosi się z londyńskiego bruku.

Sposób drugi: na mieszkanie

Szukasz mieszkania na Wyspach? Uważaj - tu też możesz się naciąć, i to niewąsko. Patent jest taki: ktoś wynajmuje ci mały pokój. Ofertę zazwyczaj znajdujesz w Internecie. Żąda depozytu. Najczęściej dwutygodniowego, jak w przypadku Justyny i Radka, pary, która nacięła się na Ealingu. - Wpłaćcie depozyt i możecie wprowadzić się nawet dzisiaj - usłyszeli. Lokum było pod psem. Cztery ściany, podwójne łóżko i nic więcej. Ani krzesła, ani stolika, nie mówiąc już o innym wyposażeniu. Właściciel zapewniał, że to tylko chwilowe trudności, za kilka dni przywiezie wszystko, czego potrzebują. Wziął do ręki pieniądze (500 funtów) i zniknął. Wieczorem okazało się, że w domu mieszkało 12 osób - dwie matki z dziećmi, robotnicy budowlani, dwóch studentów i do tego bezrobotni Ukraińcy, którzy jedynie pożyczali od wszystkich pieniądze. Szybko okazało się, że w mieszkaniu są karaluchy. Do tego były wieczne problemy z ciepłą wodą, a nowi lokatorzy nie zobaczyli obiecanych mebli przez kilkanaście dni. Co, gdy chcesz się wyprowadzić? Możesz to zrobić, ale najpierw musisz przyprowadzić kogoś na swoje miejsce. Inaczej nie dostajesz z powrotem depozytu. W przypadku Radka i Justyny okazało się, że wszyscy współlokatorzy byli w ten sposób trzymani w szachu. Kilka osób machnęło ręką i straciło po kilkaset funtów, ale dla młodych to nie wchodziła w grę. Nawet nie myśleli, aby komukolwiek zgłaszać kłopoty. Nie mieli umowy ani pokwitowania na wpłacone pieniądze. Radek: - Pewnego dnia dwóch lokatorów zaczęło się awanturować, a sąsiedzi wezwali policję. Okazało się, że właściciel wynajmuje pokoje nielegalnie. Mieszkanie dostał z Councilu jako pomoc dla bezrobotnego. I zrobił sobie z tego niezłe źródło dochodów.

Sposób trzeci: na biuro pośrednictwa

Pracownicy wojewódzkich urzędów pracy mówią zdecydowanie: aby nie dać się nabrać oszustom w Anglii, trzeba korzystać tylko z usług zarejestrowanych agencji pośrednictwa pracy, a nie przygodnych osób. To gwarantuje sto procent pewności. Podobno. Marek z Wrocławia mówi mi: - Jedna z agencji pośrednictwa pracy próbowała mnie nabrać na pracę w Anglii. Mam dowody. Marek przez dwa lata pracował w Anglii. Miał spory zarobek, chociaż - niestały. - Ostatnio miałem dosyć siedzenia w domu, chciałem popracować trochę "na szybko". Jednak jak to zrobić bez dzwonienia po znajomych? Postanowiłem skorzystać z usług agencji. Znalazłem fajną - wydawałoby się - w Koszalinie. Po nawiązaniu kontaktu agencja przedstawiła propozycję pięciu zatrudnień. Wszystkie dotyczyły tzw. care assistant. Chodzi o osobę, która jeździ po domach osób chorych i pomaga im w codziennych czynnościach. - Miałem zarabiać ponad sześć funtów na godzinę, miał być służbowy samochód. Zapowiadało się pięknie. Wyszło jak zwykle. Markowi pracownik biura najpierw kazał przyjechać do Koszalina, żeby tam wpłacił 349 zł za tłumaczenie na angielski "niezbędnych dokumentów". - Jakich? - spytał Marek. - Niezbędnych - podkreśliła z naciskiem pani z agencji. Nie pomogło tłumaczenie, że wszystkie dokumenty Marek ma już po angielsku. Zapłacił. Pojechał do domu. Miał czekać na oferty. No i się doczekał: - Granda polegała na tym, że dano mi pięć ofert - wszystkie nieaktualne. Jak zrobiłem awanturę, dostałem następną ofertę, ale po sprawdzeniu nic się nie zgadzało. Nie było samochodu służbowego, stawka była znacznie niższa - taka, za którą nie opłaca się w Anglii pracować. Nie było żadnego opiekowania się chorymi w domach, tylko ciężka harówa przy konających, obłożnie chorych ludziach. Takiej pracy Anglik nie weźmie - mówię panu z doświadczenia. Mało tego: tydzień pracy miał mieć 48 zamiast 42 godzin. Z tego, co zrozumiałem, nadgodziny miały być płatne normalnie, a nie jak nadgodziny. Jednym słowem nieźle bym się przejechał, gdybym wziął tę robotę. Zaznaczam - legalnie załatwianą przez biuro pośrednictwa.

Odmiana pierwsza: money for nothing

Z portalu "oszukany.pl". "Wraz z chłopakiem wyjechałam z tą firmą we wrześniu. Praca miała być pewna, mieliśmy obejrzeć trzy zakłady pracy i wybrać miejsce, gdzie chcemy pracować, miało nie być rozmowy kwalifikacyjnej o pracę, ktoś miał na nas czekać na dworcu. Ale to tylko bajeczki dla naiwnych. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. W efekcie pojechaliśmy do Bradford, choć miejsce naszego wyjazdu było kilkakrotnie zmieniane. Przed wyjazdem dostaliśmy jedynie nr telefonu i UWAGA! Te 700 zł, które wpłacacie Metriksowi - czy już 800 jak wyczytałam na forum - to kasa za numer telefonu do Zenka lub kogoś z jego chłoptasiów!!! Zupełnie nic w tej cenie nie macie! Tyle kasy za udostępnienie nr. tel. to niezły interes, nie uważacie?

Po przyjeździe do Bradford na parę miał czekać na dworcu chłopak. Nie czekał nikt. "Zadzwoniliśmy do tego chłopaka i powiedział że nie może po nas przyjechać, podał nam adres domu gdzie mieliśmy zamieszać, miał tam czekać na nas ktoś z kluczami. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy pod wskazany adres, była 23 w nocy, a tu drzwi zamknięte, po raz kolejny nikt na nas nie czekał, sami w obcym mieście z walizkami w środku nocy, to był koszmar! Znowu zadzwoniliśmy do chłopaka, zjawił się z kluczami za pół godziny, weszliśmy do domu, jeśli w ogóle można to tak nazwać, bo bardziej przypominało to norę! Po prawie 30-godzinnej podróży nawet nie mogliśmy się wykąpać, bo nie było światła w łazience, a wanna była zarośnięta brudem (szorowaliśmy ją tydzień czasu!). Chłopak na wstępie wziął od nas po 100 funtów, po 50 za kaucje i po 50 dla nich za załatwienie spraw i telefony, (mimo że zapłaciliśmy po 700 zł. Metriksowi za załatwienie tych właśnie spraw!!!)". W weekend nowy znajomy pokazał parze sklepy, a w poniedziałek zaprowadził ich pod agencję pracy. I na tym skończyła się jego rola. "Właśnie za to dostał od nas obojga 100 funtów! Czysty interes i czyste oszustwo!" Wszystkie dokumenty, papiery, konto w banku załatwiali na własną rękę. "Chłopak, który miał nam we wszystkim pomagać, prawie w ogóle nie zna angielskiego! Z właścicielem mieszkania dogadał się, bo on więcej zna polski niż ten angielski. I jak tu liczyć na pomoc ze strony kogoś takiego?"

Odmiana druga: mnożymy koszty

Znowu chodzi o agencję pośrednictwa pracy. Patent wyjawia internauta o nicku Raidi (oszukany.pl).

"W październiku (2005 r. - przyp. J.K.) wpłaciłem agencji Lider z Kutna 650 zł za załatwienie fizycznej pracy w UK. Wg umowy firma miała na to 150 dni. Gdy po upływie tego okresu chciałem wycofać moje pieniądze, powiedziano mi, abym tego nie robił, bo już niedługo będą oferty pracy." Zabawa jednak dopiero się zaczynała. 20 lutego 2006 r. ktoś z Lidera zadzwonił do Raidiego z informacją, że wyjazd będzie za parę dni i że już powinien się zwolnić z pracy. "Niestety - do tej pory (lipiec 2006 - przyp. J.K.) wyjazdu nie było, a w firmie powiedzieli mi, że będę miał pracę, jeżeli wpłacę dodatkowe 300 funtów za pracę z kursem językowym. Z tej oferty nie skorzystałem, ponieważ nie pozwoliły mi na to fundusze (650zł za załatwienie pracy + 300 funtów za kurs językowy + 300 funtów trzeba mieć ze sobą + 600 zł koszty przejazdu. Na zwrot pieniędzy, tj. 650 zł, nie mam co liczyć, ponieważ firma Lider twierdzi, że wywiązała się z umowy, dając mi ofertę, tylko że ja nie chciałem z niej skorzystać."

Odmiana trzecia: biuro - nie biuro...

Pisaliśmy powyżej o biurach, oferujących dziwne oferty. A teraz o biurze, które oferowało nieistniejące oferty. W czerwcu ub. r. wielkopolscy policjanci zatrzymali 29-letniego Tomasza Cz. Ten strugał frajerów inaczej - prowadził bez koncesji biuro pośrednictwa pracy, oferując zatrudnienie w Wielkiej Brytanii. Za usługę pobierał 900 zł. Na miejscu oferta okazywała się całkowitą fikcją. W trakcie przeszukania pomieszczeń biura zabezpieczyli w sumie 138 umów o pracę. Dla porządku: możesz sprawdzić, czy biuro pośrednictwa oferujące ci kokosy na Wyspach to lipa, czy uczciwa firma. Każdy pośrednik zatrudnienia w kraju lub za granicą musi legitymować się specjalnym certyfikatem wydanym przez Ministerstwo Pracy. Lista takich firm jest ogólnodostępna pod adresem internetowym: www.kraz.praca.gov.pl w zakładce: „Wykaz Agencji Zatrudnienia". Zanim więc wydasz głupio kilka stów, poklikaj trochę za darmo. A na sam koniec ważna informacja dla wszystkich oszukanych: uruchomiono polskojęzyczną linię telefoniczną, na którą można przekazywać informacje po polsku o tego typu sprawach - jest to numer 00 44 20 732 118 289.

Sposób czwarty: numerek za gotówkę

Na koniec dwa proste sposoby, przynoszące mało dochodu. Aż dziw bierze, że ktoś się na to nabiera. A jednak. Jesteś w Londynie, nie masz pracy, kończą się pieniądze. Co robić? Natychmiast spod ziemi wyskakuje kilku rodaków, którzy za 10 funtów proponują niezbędne numery telefonów. Do agencji pracy, do firm szukających pracowników, a nawet do konsulatu. Bierzesz jeden albo dwa numery - dycha za numer. Trzy albo cztery - płacisz po 7 funtów. Więcej niż 5 - po piątaku za numer. Jak donosi polskojęzyczna prasa, w Wielkiej Brytanii działają już polskie gangi masowo naciągające rodaków w ten sposób. - To wykorzystywanie ludzi nieświadomych. W Wielkiej Brytanii płacenie za znalezienie pracy jest nielegalne. Agencje mogą pobierać opłaty za wypełnienie dokumentów, ale nie za pośrednictwo. Jest zasada, że płacą za to pracodawcy - mówi Henryka Woźniczka z londyńskiego "Dziennika Polskiego".

Sposób piąty: na formularz

Aby legalnie znaleźć pracę w Anglii, musisz zarejestrować się w Home Office (coś w rodzaju naszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych). Aby jednak to zrobić, musisz wypełnić formularz WRS (Work Registration Scheme). Możesz go sobie wydrukować z internetu (http://www.workingintheuk.gov.uk). I na tym - na wypełnieniu i dostarczeniu wniosku i zapłaceniu 50 funtów opłaty urzędowej - rejestracja się kończy. Nie u Polaka. „Nasi" oszuści wpadli bowiem na szatański pomysł. Za 50 funtów sprzedają formularze WRS potrzebne do otrzymania legalnej pracy. Przypomnijmy: można je wydrukować z netu za friko, płaci się za ich złożenie - ale dopiero w Home Office. Ile osób zostało w ten sposób naciągniętych - nie wie nikt, bo oszukani - ze wstydu a częściej z bezradności - nie zawsze zgłaszają się na policję. (...)

W Irlandii tez Wam sie przydarzylo?
Cynizm Optymizm i IroniaTe trzy: z nich zas najwazniejszy jest dystans do samego siebie :)Cyniczny blog w Polsce

Offline #2 miki1

miki1

    uĹźytkownik forum

  • Użytkownik forum
  • 153
  • PipPipPipPip
  • 2353 postów
  • Gadu-Gadu: 7085593
  • Miejscowość:co. cork/3miasto

Napisano 14 grudzień 2007 - 13:26

tu miki

a utopsji - laptop-hahahaha
z gazet na plazmę
ze słyszenia na kamerę
z forum na motocykl
miki
ja twoj sluga, ja twoi rabotniik

Offline #3 ptashek

ptashek

    Religion is bullshit

  • Użytkownik forum
  • -1
  • PipPipPipPip
  • 1184 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Miejscowość:Dublin/Gliwice

Napisano 14 grudzień 2007 - 13:29

Za GW


Zdublowales panie kolego ;)
http://www.gazeta.ie...showtopic=38108

p.s.: wlasciwie to ja zdublowalem...

Użytkownik ptashek edytował ten post 14 grudzień 2007 - 13:30

to pisalem ja, ptashek"In Focus" - grupa foto w sieci (juz dziala!)

Offline #4 miki1

miki1

    uĹźytkownik forum

  • Użytkownik forum
  • 153
  • PipPipPipPip
  • 2353 postów
  • Gadu-Gadu: 7085593
  • Miejscowość:co. cork/3miasto

Napisano 14 grudzień 2007 - 13:58

tu miki

przekręt który opiszę , miał miejsce w Polsce, parę lat temu w Kwidzynie.
sklep kosmetyczny a w nim parę osób. do właściciela podchodzi przestawiciel handlowy i ze swej oferty prpoponuje zakup kilkuset pędzelków do brwi. właściciel nie chce bo jakkolwiek cena jednostkowa jest niska to jednak całość dość droga. przekomarzają się tam trochę gdy podchodzi jedna z wcześniej obecnych klientek i zaczepia repa że weżnie od niego kilka paczek tych pędzelków bo sama też ma sklep.
jednakże okazuje sie , że pani nie ma ze sobą kasy a rep nie może brac czeków- pani uderza więc do właściciela sklepu po pożyczkę na 2 godziny w zastaw za towar który u niego zostawi i czek.
właściciel daje kasę a tamci osobno znikają. w pudełkach zamiast pędzelków było jakieś gówno co stwierdził właściciel gdy pani nie pojawiła sie po kilku dniach nawet.
ot
miki
a z mojego własnego doświadczenia:
wpada do mojego sklepu gość(polska) i mówi do mnie że szef(niby ja) zlecał kontrolę i wymianę gaśnic.no cóż- jeśli zlecał, no to do dzieła, tym bardziej że gość ładuje sie do zakładu nie oczekując na moją zgodę lub nie.powymieniał wszystkie i cos tam jeszcze zrobił.przychodzi do płacenia. mówi kwotę.a ja no to że nie zapłacę bo szef mnie nie upoważnił.gość się awanturuje a ja dzwonię po policję. małe miasteczko to zaraz byli.powiedziałem w czym rzecz. a gośc na to że mogłem go uprzedzić że sam jestem szefem.
nie zapłaciłem bo nie zlecałem.a facet chciał wyłudzić kasę za niezleconą usługę.
miki
ja twoj sluga, ja twoi rabotniik

Offline #5 wielkidar

wielkidar

    Nowicjusz

  • Użytkownik forum
  • 0
  • Pip
  • 8 postów

Napisano 05 październik 2017 - 13:13

tu miki

przekręt który opiszę , miał miejsce w Polsce, parę lat temu w Kwidzynie.

No proszę, ja tez z Kwidzyna.

Pozdrawiam



Offline #6 Marecki02

Marecki02

    Częsty gość

  • Użytkownik forum
  • 78
  • PipPip
  • 356 postów

Napisano 05 październik 2017 - 14:21

No proszę, ja tez z Kwidzyna.
Pozdrawiam

Dobry odkop:D. Ostatni post 10 lat temu.

Wysłane z mojego Gemini przy użyciu Tapatalka

Offline #7 supergonzo4

supergonzo4

    Częsty gość

  • Użytkownik forum
  • 110
  • PipPip
  • 442 postów

Napisano 06 październik 2017 - 06:33

Kurna koleś nr 2 farciarz, miał dwie pięćdziesiątki.



Offline #8 wielkidar

wielkidar

    Nowicjusz

  • Użytkownik forum
  • 0
  • Pip
  • 8 postów

Napisano 06 październik 2017 - 09:36

Dobry odkop:D. Ostatni post 10 lat temu.

Wysłane z mojego Gemini przy użyciu Tapatalka

hehe w sumie racja. Pokazało się w najnowszych to nie sprawdziłem daty postu.

Głupi ja B)



Offline #9 MrBan

MrBan

    Nowicjusz

  • Użytkownik forum
  • 17
  • Pip
  • 68 postów

Napisano 07 październik 2017 - 20:21

Za GW

(...) Przepis musi być prosty. Im prostszy - tym lepszy, bo wtedy ofiara nie nabiera podejrzeń. Efekt zawsze jest ten sam: kasa zmienia właściciela, a roboty (mieszkania) jak nie było - tak nie ma.

Policja w tej ponurej grotesce zazwyczaj gra rolę kelnera. Umywa ręce i jest tylko statystą. Oto pięć sprawdzonych (niepolecanych!) sposobów na ugotowanie frajera w Anglii. Czyli - oszukanie kogoś, kto na gwałt szuka pracy albo mieszkania.

Patent pierwszy: na chama

Klasyka. Mówimy świeżo poznanemu w Londynie znajomemu, skołowanemu lotem itp., że mamy dla niego pracę. A nie mamy. Inkasujemy kilkadziesiąt funtów na konto kosztów powiadomienia. I rozpływamy się w londyńskiej mgle. Wersja oboczna: inkasujemy pieniądze za możliwość "wskoczenia" na nasze miejsce. Michał Markowski, 22-letni student z Bydgoszczy: - Facet spotkany przypadkiem w marcu zapewniał, że ma robotę w hotelowej kuchni. Stawka - 7 funtów za godzinę. Mówił też, że oddaje pracę, bo musi wyjechać do Polski. Podobno okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Pytał, czy nie mam kogoś na jego miejsce. Powiedziałem, że mam siebie. Zażądał 50 funtów odstępnego. Kazał zgłosić się w poniedziałek w kuchni hotelowej. Poszedłem. Szef kuchni oczy miał wielkie jak Big Ben. Żadnej roboty, żadnego wakatu, żadnego takiego kolesia nie widzieli na oczy. Nauczyłem się wtedy, co znaczy "naiwny do bólu". Prostackie, ale skuteczne. Acz wychodzi ostatnio z mody - zbyt dużo szumu się robi wokół takich przekrętów. A i szukający pracy mają już większą świadomość, czego szukają i na co zwracać uwagę. Ten sposób ma kilka odmian.

Odmiana pierwsza - na wiarygodność

To metoda świeża. Na czym polega? Najpierw jest propozycja pracy w firmie budzącej zaufanie, której nazwa musi z czymś się koja-rzyć. Na przykład "Cash and Carry". Patent polega na tym, że tak naprawdę nie ma takiej firmy. Jest kilka firm wykorzystujących w na-zwie człon "cash and carry", np. Makro czy Selgros. Czyli pierwszy krok zrobiony - wzbudzono zaufanie.

Ogłoszenie o pracy należy koniecznie wydrukować w ogólnopolskim dzienniku, najlepiej w dodatku "pracowym". Dobrze jest wyróżnić je graficznie, np. kolorem czerwonym. W treści musi się znaleźć imię i nazwisko oraz telefon angielskiego kontaktu, który ma załatwić pracę. Co się dalej dzieje? Marcin, handlowiec z kilkuletnim stażem, który od-powiedział w sierpniu na takie ogłoszenie, zamieszczone w "Gazecie Praca": - Zadzwoniłem do Joanny. Numer znalazłem w ogłoszeniu. Była rzeczowa, konkretna. Praca w Londynie, w magazynie dużej sieci spożywczej. Naciskałem, o którą sieć chodzi. Więc usłyszałem: "Cash and Carry". Zakwaterowanie miałem opłacać sam, ale oni mi je wyszukali. Płaca - około 7,5 funta za godz. Po głębokim zastanowieniu - wszedłem w to.

Zanim Marcin poleciał do Londynu, najpierw odbył jeszcze kilka telefonicznych rozmów z Joanną, która podawała się za przedstawiciela działu HR (czyli rekrutacyjnego i pracowniczego) Cash and Carry .

- Poleciałem. Po wylądowaniu dzwonię, żeby mnie odebrał służbowy samochód z kierowca, zgodnie z umową. Joanna mówi, że są kłopoty z autem, bo kierowca właśnie odbiera cztery inne osoby i rozwozi po okolicy. Kazała czekać do rana. Po nocy na lotnisku - niewyspany, z przytępionymi zmysłami - Marcin doczekał się wreszcie obiecanego transportu. Czyli autobusu, do którego poleciła wsiąść Joanna. Pojechał w umówione miejsce. Spotkał się z dwoma sympatycznymi 40-latkami - tak na oko: Tomaszem i Michałem. - Jesteśmy od Aśki - przedstawili się i zaprowadzili do "służbowego" mieszkania na pięterku. Tam wyłożyli na stół umowę o pracę. Marcin przeczytał ją kilkakrotnie, szukając kruczków. Sprawdził pieczątki. - Na oko grało - mówi. Podpisał, następnie wręczył chłopakom kserokopie dokumentów i sto funtów kaucji za mieszkanie. - A druga stówa? - zdziwił się Michał.

Więc telefon do Joanny, bo nie tak się umawiali. Ta odbiera - niby ukradkiem, bo ma spotkanie. Mówi, że trzeba zapłacić jeszcze właścicielowi za dwa miesiące z góry za wynajem i że przeprasza, ale te koszty wyniknęły niespodziewanie. Więc Marcin rozumie. Kładzie dwie pięćdziesiątki na stół. Idą gratulacje, bo praca - dobra, jak zapewniają nowi znajomi. - Jeszcze drobiazg, jeszcze szczególik - mówi przed pożegnaniem Tomek. - Pokaż nam oryginały dokumentów, bo jak będziemy załatwiali rozłąkowe i rodzinne, to musimy mieć pewność, wiesz.

Marcin więc nachyla się nad pod-ręczną torbą i szuka dowodu. A kątem oka widzi, że Tomasz przemieszcza się w kierunku okna z jego plecakiem. Wywala rzeczy chłopaka na bruk z piętra. - O [beeep]a - myśli Marcin. A głośno mówi: - Co jest? Wtedy następuje wielki finał. Michał przykłada do Marcinowi do gardła duży nóż rzeźnicki i mówi spokojnie: - Nic, sfinalizowaliśmy. [beeep]j. Więc nie dyskutował, tylko wyszedł. Słyszał jeszcze, jak bandyci dzwonią do Joanny i mówią: "Frajer jest na widelcu". Wiedział, że jest śledzony, bo mu powiedzieli na "do widzenia", żeby nie szedł na policję, jak chce, żeby tak się skończyło, jak się skończyło. A nie kosą w plerach.

Zadzwonił do Joanny. Nie odbierała. Zadzwonił do żony. Nie uwierzyła. Poszła na policję. Powiedzieli, że to lokalna sprawa Londynu. Marcin nie dosyć, że nie miał kasy na podróżowanie po Londynie w poszukiwaniu policji, nie dosyć, że nie znał miasta, to jeszcze wciąż czuł metaliczny smak swojego potu, który bandyci kazali mu zlizywać z ostrza szerokiego noża. Odpuścił. Rodzina kupiła mu bilet do Polski. W kraju prawnik powiedział, żeby dał spokój, bo ma przecież małe dzieci. I tyle.

Odmiana druga - na tępaka

Ten pomysł to modyfikacja powyższego. Banalne, ale chyba najczęstsze - szczególnie w latach 2004-05. A więc: w lokalnym dzienniku daje się ogłoszenie o pracy w Anglii. Podkreślając przy tym, że nie trzeba znać angielskiego. Ogłoszenie wpada prędzej czy później w ręce osoby, która chce wyjechać, i rzeczywiście nie zna języka. UWAGA: pomiędzy odpowiedzią na ogłoszenie a wyjazdem nie ma najczęściej więcej kontaktów ze zleceniodawcą niż jeden! Dlaczego? Inaczej niż w pierwszym przypadku tutaj nie ma potrzeby utwierdzania frajera w przekonaniu, że oferta jest wiarygodna. Frajer i tak pojedzie, bo na gwałt potrzebuje dobrze płatnej pracy.

Po przyjeździe na Wyspy ogłoszeniodawca żąda od przybysza zapłacenia określonej sumy pieniędzy. Najczęściej jest to 50-100 funtów. Pośrednik tłumaczy, że chodzi o "koszta uzyskania zatrudnienia". Głupio? Pewnie, że głupio. Jednak kto przylatuje bez języka szukać pracy na Wyspach, łyknie już potem wszystko. Po zainkasowaniu gotówki pośrednik znika, a obiecanej pracy nie ma. W odróżnieniu od metody pierwszej nie ma momentu podpisywania umowy. Nie ma kaucji. Nie ma noża przy gardle. Nie ma firmowego papieru, firmowego auta - całego bajeru. Przestępcy działają mniej wyrafinowanie, powiedzieliby policjanci. Efekty takiego działania wcale jednak nie są błahe. Tylko do polskiego oddziału Tesco w 2005 r. zgłosiło się kilkanaście osób zwabionych przez oszustów fałszywymi ofertami pracy w angielskich sklepach tej sieci. Tesco od 2004 r. do pracy w Anglii wysłała około 2 tys. sprzedawców, magazynierów, kierowców, piekarzy i pracowników do wykładania towaru, ale z - jak twierdził rzecznik firmy na łamach lokalnej prasy - z ofertami nie ma nic wspólnego. A przecież można było się domyślić! Bo najważniejszym wymogiem otrzymania pracy w Tesco - jak i w innych dużych firmach - w Wielkiej Brytanii jest znajomość języka.

Odmiana trzecia: na wyrwę

Bydgoszczanie Andrzej Szymański i jego krewniak Krzysztof znaleźli ogłoszenie o pracy w Anglii. Zadzwonili. Telefon odebrała Polka. Przedstawiła się jako Ewa: - Rekrutuję pracowników do rozlewni Coca-Coli w Uxbridge, niedaleko Londynu - mówiła. Podała stronę internetową, z której można dowiedzieć się więcej o pracodawcy. Obiecała 7,5 funta na godzinę. Prosiła, aby przywieźć 180 funtów opłaty za mieszkanie, które im wynajmie w Anglii i 70 funtów na załatwienie pozwolenia na pracę. Brzmi znajomo? Tak jest - to druga modyfikacja sposobu nr jeden. Policjanci mówią: wcześniejsza, niedopracowana jeszcze forma. Mężczyźni zadzwonili do Ewy jeszcze siedem razy. - Nie chcieliśmy dać się oszukać - opowiada Andrzej. - Pytaliśmy o wszystkie szczegóły: nasze stanowiska, wymiar godzin, warunki lokalowe. Pani Ewa miała odpowiedź na każde pytanie. "Nie musicie się obawiać, nie jestem pośrednikiem pracy. Rekrutuję bezpośrednio dla firmy". Zapewniała, że wyśle kierowcę, który zawiezie Polaków z Londynu do Uxbridge. Zgodnie z umową z dworca autobusowego odebrał ich kierowca. Trzydziestoparoletni Polak przy kości. Miał im dać klucze do wynajętego przez pracodawcę mieszkania. W samochodzie Szymański odebrał telefon od Ewy: - Dajcie pieniądze kierowcy - powiedziała. - Zapłacimy, jak zobaczymy nasz pokój - odpowiedział kategorycznie. Kilka minut później samochód zatrzymał się przed domem na przedmieściach. - Tu będziecie mieszkać - kierowca wskazał na posesję po prawej. Dawajcie kasę.

Kamera stop

W takich momentach są dwa rozwiązania. Rozwiązanie pierwsze: frajer daje pieniądze. Kierowca wówczas wskazuje mu drzwi do domu i żegna się uprzejmie. Odjeżdża. Nabrany puka do drzwi domostwa, a tam robią wielkie oczy - o niczym nie mają pojęcia. Z wolna dochodzi do frajera bolesna prawda - właśnie stał się frajerem. Opcja druga: nie dajemy kasy. Co wtedy? Znowu: dwa rozwiązania. Pierwsze (nazwijmy je "2a") stało się udziałem bydgoszczan. Odmówili, chcieli najpierw wejść do środka. W tym momencie samochód odjechał. Szymański i krewniak zostali bez pracy, ale przynajmniej z pieniędzmi. Rozwiązanie "2b" stało się udziałem innych, oszukanych przez tę skazaną w końcu parę. Wyrwanie torby z pieniędzmi, cios w brzuch, pisk opon, odjazd. Najazd kamery na ogłupiałego, skołowanego frajera, który wolno podnosi się z londyńskiego bruku.

Sposób drugi: na mieszkanie

Szukasz mieszkania na Wyspach? Uważaj - tu też możesz się naciąć, i to niewąsko. Patent jest taki: ktoś wynajmuje ci mały pokój. Ofertę zazwyczaj znajdujesz w Internecie. Żąda depozytu. Najczęściej dwutygodniowego, jak w przypadku Justyny i Radka, pary, która nacięła się na Ealingu. - Wpłaćcie depozyt i możecie wprowadzić się nawet dzisiaj - usłyszeli. Lokum było pod psem. Cztery ściany, podwójne łóżko i nic więcej. Ani krzesła, ani stolika, nie mówiąc już o innym wyposażeniu. Właściciel zapewniał, że to tylko chwilowe trudności, za kilka dni przywiezie wszystko, czego potrzebują. Wziął do ręki pieniądze (500 funtów) i zniknął. Wieczorem okazało się, że w domu mieszkało 12 osób - dwie matki z dziećmi, robotnicy budowlani, dwóch studentów i do tego bezrobotni Ukraińcy, którzy jedynie pożyczali od wszystkich pieniądze. Szybko okazało się, że w mieszkaniu są karaluchy. Do tego były wieczne problemy z ciepłą wodą, a nowi lokatorzy nie zobaczyli obiecanych mebli przez kilkanaście dni. Co, gdy chcesz się wyprowadzić? Możesz to zrobić, ale najpierw musisz przyprowadzić kogoś na swoje miejsce. Inaczej nie dostajesz z powrotem depozytu. W przypadku Radka i Justyny okazało się, że wszyscy współlokatorzy byli w ten sposób trzymani w szachu. Kilka osób machnęło ręką i straciło po kilkaset funtów, ale dla młodych to nie wchodziła w grę. Nawet nie myśleli, aby komukolwiek zgłaszać kłopoty. Nie mieli umowy ani pokwitowania na wpłacone pieniądze. Radek: - Pewnego dnia dwóch lokatorów zaczęło się awanturować, a sąsiedzi wezwali policję. Okazało się, że właściciel wynajmuje pokoje nielegalnie. Mieszkanie dostał z Councilu jako pomoc dla bezrobotnego. I zrobił sobie z tego niezłe źródło dochodów.

Sposób trzeci: na biuro pośrednictwa

Pracownicy wojewódzkich urzędów pracy mówią zdecydowanie: aby nie dać się nabrać oszustom w Anglii, trzeba korzystać tylko z usług zarejestrowanych agencji pośrednictwa pracy, a nie przygodnych osób. To gwarantuje sto procent pewności. Podobno. Marek z Wrocławia mówi mi: - Jedna z agencji pośrednictwa pracy próbowała mnie nabrać na pracę w Anglii. Mam dowody. Marek przez dwa lata pracował w Anglii. Miał spory zarobek, chociaż - niestały. - Ostatnio miałem dosyć siedzenia w domu, chciałem popracować trochę "na szybko". Jednak jak to zrobić bez dzwonienia po znajomych? Postanowiłem skorzystać z usług agencji. Znalazłem fajną - wydawałoby się - w Koszalinie. Po nawiązaniu kontaktu agencja przedstawiła propozycję pięciu zatrudnień. Wszystkie dotyczyły tzw. care assistant. Chodzi o osobę, która jeździ po domach osób chorych i pomaga im w codziennych czynnościach. - Miałem zarabiać ponad sześć funtów na godzinę, miał być służbowy samochód. Zapowiadało się pięknie. Wyszło jak zwykle. Markowi pracownik biura najpierw kazał przyjechać do Koszalina, żeby tam wpłacił 349 zł za tłumaczenie na angielski "niezbędnych dokumentów". - Jakich? - spytał Marek. - Niezbędnych - podkreśliła z naciskiem pani z agencji. Nie pomogło tłumaczenie, że wszystkie dokumenty Marek ma już po angielsku. Zapłacił. Pojechał do domu. Miał czekać na oferty. No i się doczekał: - Granda polegała na tym, że dano mi pięć ofert - wszystkie nieaktualne. Jak zrobiłem awanturę, dostałem następną ofertę, ale po sprawdzeniu nic się nie zgadzało. Nie było samochodu służbowego, stawka była znacznie niższa - taka, za którą nie opłaca się w Anglii pracować. Nie było żadnego opiekowania się chorymi w domach, tylko ciężka harówa przy konających, obłożnie chorych ludziach. Takiej pracy Anglik nie weźmie - mówię panu z doświadczenia. Mało tego: tydzień pracy miał mieć 48 zamiast 42 godzin. Z tego, co zrozumiałem, nadgodziny miały być płatne normalnie, a nie jak nadgodziny. Jednym słowem nieźle bym się przejechał, gdybym wziął tę robotę. Zaznaczam - legalnie załatwianą przez biuro pośrednictwa.

Odmiana pierwsza: money for nothing

Z portalu "oszukany.pl". "Wraz z chłopakiem wyjechałam z tą firmą we wrześniu. Praca miała być pewna, mieliśmy obejrzeć trzy zakłady pracy i wybrać miejsce, gdzie chcemy pracować, miało nie być rozmowy kwalifikacyjnej o pracę, ktoś miał na nas czekać na dworcu. Ale to tylko bajeczki dla naiwnych. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. W efekcie pojechaliśmy do Bradford, choć miejsce naszego wyjazdu było kilkakrotnie zmieniane. Przed wyjazdem dostaliśmy jedynie nr telefonu i UWAGA! Te 700 zł, które wpłacacie Metriksowi - czy już 800 jak wyczytałam na forum - to kasa za numer telefonu do Zenka lub kogoś z jego chłoptasiów!!! Zupełnie nic w tej cenie nie macie! Tyle kasy za udostępnienie nr. tel. to niezły interes, nie uważacie?

Po przyjeździe do Bradford na parę miał czekać na dworcu chłopak. Nie czekał nikt. "Zadzwoniliśmy do tego chłopaka i powiedział że nie może po nas przyjechać, podał nam adres domu gdzie mieliśmy zamieszać, miał tam czekać na nas ktoś z kluczami. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy pod wskazany adres, była 23 w nocy, a tu drzwi zamknięte, po raz kolejny nikt na nas nie czekał, sami w obcym mieście z walizkami w środku nocy, to był koszmar! Znowu zadzwoniliśmy do chłopaka, zjawił się z kluczami za pół godziny, weszliśmy do domu, jeśli w ogóle można to tak nazwać, bo bardziej przypominało to norę! Po prawie 30-godzinnej podróży nawet nie mogliśmy się wykąpać, bo nie było światła w łazience, a wanna była zarośnięta brudem (szorowaliśmy ją tydzień czasu!). Chłopak na wstępie wziął od nas po 100 funtów, po 50 za kaucje i po 50 dla nich za załatwienie spraw i telefony, (mimo że zapłaciliśmy po 700 zł. Metriksowi za załatwienie tych właśnie spraw!!!)". W weekend nowy znajomy pokazał parze sklepy, a w poniedziałek zaprowadził ich pod agencję pracy. I na tym skończyła się jego rola. "Właśnie za to dostał od nas obojga 100 funtów! Czysty interes i czyste oszustwo!" Wszystkie dokumenty, papiery, konto w banku załatwiali na własną rękę. "Chłopak, który miał nam we wszystkim pomagać, prawie w ogóle nie zna angielskiego! Z właścicielem mieszkania dogadał się, bo on więcej zna polski niż ten angielski. I jak tu liczyć na pomoc ze strony kogoś takiego?"

Odmiana druga: mnożymy koszty

Znowu chodzi o agencję pośrednictwa pracy. Patent wyjawia internauta o nicku Raidi (oszukany.pl).

"W październiku (2005 r. - przyp. J.K.) wpłaciłem agencji Lider z Kutna 650 zł za załatwienie fizycznej pracy w UK. Wg umowy firma miała na to 150 dni. Gdy po upływie tego okresu chciałem wycofać moje pieniądze, powiedziano mi, abym tego nie robił, bo już niedługo będą oferty pracy." Zabawa jednak dopiero się zaczynała. 20 lutego 2006 r. ktoś z Lidera zadzwonił do Raidiego z informacją, że wyjazd będzie za parę dni i że już powinien się zwolnić z pracy. "Niestety - do tej pory (lipiec 2006 - przyp. J.K.) wyjazdu nie było, a w firmie powiedzieli mi, że będę miał pracę, jeżeli wpłacę dodatkowe 300 funtów za pracę z kursem językowym. Z tej oferty nie skorzystałem, ponieważ nie pozwoliły mi na to fundusze (650zł za załatwienie pracy + 300 funtów za kurs językowy + 300 funtów trzeba mieć ze sobą + 600 zł koszty przejazdu. Na zwrot pieniędzy, tj. 650 zł, nie mam co liczyć, ponieważ firma Lider twierdzi, że wywiązała się z umowy, dając mi ofertę, tylko że ja nie chciałem z niej skorzystać."

Odmiana trzecia: biuro - nie biuro...

Pisaliśmy powyżej o biurach, oferujących dziwne oferty. A teraz o biurze, które oferowało nieistniejące oferty. W czerwcu ub. r. wielkopolscy policjanci zatrzymali 29-letniego Tomasza Cz. Ten strugał frajerów inaczej - prowadził bez koncesji biuro pośrednictwa pracy, oferując zatrudnienie w Wielkiej Brytanii. Za usługę pobierał 900 zł. Na miejscu oferta okazywała się całkowitą fikcją. W trakcie przeszukania pomieszczeń biura zabezpieczyli w sumie 138 umów o pracę. Dla porządku: możesz sprawdzić, czy biuro pośrednictwa oferujące ci kokosy na Wyspach to lipa, czy uczciwa firma. Każdy pośrednik zatrudnienia w kraju lub za granicą musi legitymować się specjalnym certyfikatem wydanym przez Ministerstwo Pracy. Lista takich firm jest ogólnodostępna pod adresem internetowym: www.kraz.praca.gov.pl w zakładce: „Wykaz Agencji Zatrudnienia". Zanim więc wydasz głupio kilka stów, poklikaj trochę za darmo. A na sam koniec ważna informacja dla wszystkich oszukanych: uruchomiono polskojęzyczną linię telefoniczną, na którą można przekazywać informacje po polsku o tego typu sprawach - jest to numer 00 44 20 732 118 289.

Sposób czwarty: numerek za gotówkę

Na koniec dwa proste sposoby, przynoszące mało dochodu. Aż dziw bierze, że ktoś się na to nabiera. A jednak. Jesteś w Londynie, nie masz pracy, kończą się pieniądze. Co robić? Natychmiast spod ziemi wyskakuje kilku rodaków, którzy za 10 funtów proponują niezbędne numery telefonów. Do agencji pracy, do firm szukających pracowników, a nawet do konsulatu. Bierzesz jeden albo dwa numery - dycha za numer. Trzy albo cztery - płacisz po 7 funtów. Więcej niż 5 - po piątaku za numer. Jak donosi polskojęzyczna prasa, w Wielkiej Brytanii działają już polskie gangi masowo naciągające rodaków w ten sposób. - To wykorzystywanie ludzi nieświadomych. W Wielkiej Brytanii płacenie za znalezienie pracy jest nielegalne. Agencje mogą pobierać opłaty za wypełnienie dokumentów, ale nie za pośrednictwo. Jest zasada, że płacą za to pracodawcy - mówi Henryka Woźniczka z londyńskiego "Dziennika Polskiego".

Sposób piąty: na formularz

Aby legalnie znaleźć pracę w Anglii, musisz zarejestrować się w Home Office (coś w rodzaju naszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych). Aby jednak to zrobić, musisz wypełnić formularz WRS (Work Registration Scheme). Możesz go sobie wydrukować z internetu (http://www.workingintheuk.gov.uk). I na tym - na wypełnieniu i dostarczeniu wniosku i zapłaceniu 50 funtów opłaty urzędowej - rejestracja się kończy. Nie u Polaka. „Nasi" oszuści wpadli bowiem na szatański pomysł. Za 50 funtów sprzedają formularze WRS potrzebne do otrzymania legalnej pracy. Przypomnijmy: można je wydrukować z netu za friko, płaci się za ich złożenie - ale dopiero w Home Office. Ile osób zostało w ten sposób naciągniętych - nie wie nikt, bo oszukani - ze wstydu a częściej z bezradności - nie zawsze zgłaszają się na policję. (...)

W Irlandii tez Wam sie przydarzylo?

 

Nie, w Irlandi takiej swołoczy nigdy nie było i nie ma-bo to mały kraj i każdego takiego oszusta/cwela szybko by sie odszukało i odpowiednio rozliczyło...

TU nie maja szans! Tylko prowokacja policyjna i wyroki od 5 lat w górę rozwiązało by problem-lub kilu sprawnych, zakamuflowanych osilków /kiboli etc...

Czasem zdarzają sie natomiast AGENCJE pracy krótkotrwałej- czy jakoś tak podobnie, które okradają naiwnychidoków przez lata z 1/3 1/4 ich potencjalnych zarobków...Znam takich co "tymczasowo" już do emetytur dociągneli i dopiero teraz się zorientowali, ze te bandycko/złodziejskie AGENCJE zarobiły na nich przez dekadę tysiące euro na ich krwi,czasie i pocie... I NIKOMU z tutejszego NIERZĄDU to niestety nie przeszkadza-choć jest niemoralne, nichumanitarne-sprzeczne z prawem i przepisami UE zezwalającymi na takie AGENCJE i takie praktyki  li tylko w przypadku gdy praca ta jest rzeczywiście wyszukiwana im co dzień, dwa w innym miejscu-a nie gdy pracują w jednej f-mie ito na tym samym stanowisku nawet i ...10-12-15 lat! A tak właśnie jest! Koligacje rodzinne, MAFIA i łapówy robią swoje! Czas z tym skonczyć!






Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.